Â
Głośne uderzenie obudziło mnie ze snu. Mój syn postanowił dzisiaj odpalić ładunek nuklearny, który trzymaliśmy w garażu. Niestety, okazało się, że przed wystrzeleniem nie otworzył on dachu, zatem rakieta startująca z podziemi uderzyła prosto w sufit. Na szczęście głowica uzbraja się dopiero na wysokości większej niż 5 kilometrów, więc nie mieliśmy kolejnego wybuchu termojądrowego w naszym ogródku. Meble dla dzieci stały nienaruszone, w tej samej chwili obok rowerka naszej córki i telewizora stojącego ponuro koło drzewa. Tym razem żyrafa, która szabrowała nasze borowinowe zarośla, też była nie wzruszona. Niejako w przyszłości okazało się, że trzytonowe zawieszenie na którym była powieszona rakieta również wytrzymało, więc było nie było, koniec końców okazał się całkiem znakomity. W tej chwili trzeba było tylko spakować rakietę balistyczną z powrotem na miejsce, uprzątnąć meble dla dzieci i nie było całej sprawy. Niestety był jeden pół Niemiec, a raczej szkopuł z tym, że moja żona nie miała tego dnia majtek i najprawdopodobniej była zmuszona do ewakuacji z naszego łóżka. Wprawiło mnie to w niejakie zdumienie, niemniej jednak nie dałem tego po sobie także poznać. W końcu miłość małżeńska jest najważniejsza. Włożyłem w końcu moje kapcie na stopy i ruszyłem z zamiarem uratowania świata. Znowu...
Â
Â
|
|